Blog Alpintech.pl – kompedium wiedzy dla wspinaczy, turystów i pracowników wysokosciowych.
Blog Alpintech.pl – kompedium wiedzy dla wspinaczy, turystów i pracowników wysokosciowych.

Mroźne Ostrza 18′ oczami Alpintechu.

Czułów, Zimny Dół. Były kamieniołom, hmmm, no właśnie, kamieniołom. Kamieniołom sam w sobie od zarania dziejów pozostaje symbolem niewolnictwa i człowieka zniewolonego, człowieka którego godność została zdeptana. Jednak 03.02.2018 to miejsce staje się areną sportowych zmagań ludzi uprawiających wspinaczkę, czyli sztukę wolności. Cóż za uderzający paradoks. Paradoks w pewnym sensie połowiczny, bo czyż nie jesteśmy zniewoleni przez nieustanne pragnienie wspinania się ? Czy nie jesteśmy zniewoleni przez reżim treningowy ? Nawet jeśli tak, jest to zawsze po tysiąckroć lepsze niż zniewolenie przez reżim niemal każdego innego rodzaju. Relację z Mroźnych Ostrzy 2018 zacząć czas.


Na parkingu pod Łysiną zjawiamy się z Andrzejem o 7:50. Jest to dość późno, gdyż pakiety startowe rozdawane są planowo do 8:00, a status współsponsora nagród zobowiązuje. Idziemy więc czym prędzej do „biura” zawodów mieszczącego się nieopodal, a konkretnie przed skalną areną czekającą na wspinaczkowych gladiatorów. Szybko okazuję się, iż nasz pośpiech był zbędny, odbieranie kart startowych płynie swoim spokojnym tempem, a godzina 8:00 nie jest jakimś rygorystycznym “dead line’em”.

Mimo wczesnej pory czuje się dobrze, chociaż widzę po moim Alpintechowym partnerze, iż jest w znacznie pewniejszym i bardziej swobodnym nastroju. Nic dziwnego: to dobry wspinacz, obyty w towarzystwie (nie tylko wspinaczkowym), pewny siebie, z poczuciem humoru i lekką nutą zawadiaki. Zapomniałem o najważniejszym, Andrzej to przede wszystkim mój drytool’owy “trenejro”. Jeszcze miesiąc przed zawodami nie miałem na nogach monopointów ani w rękach dziab technicznych. Musiały wystarczyć trzy krótkie wyjazdy w skały z moim “trenejro”, który miał już pewne doświadczenia z drytoolingiem. Podczas jednej wizyty na Zakrzówku i dwóch w Zimnym Dole przelał mi do głowy całą swoją dziabową, polską myśl trenerską, stosując koleżeńskie metody dydaktyczne, według własnego widzimisię. Jak się później okazało, były one całkiem skuteczne. Wróćmy jednak do sedna zawodów.

Nieśpiesznie odbieramy karty startowe, na których widnieje wykaz kilkunastu dróg o zakresie trudności od M5 do M8+. W części do wypełniania przez zawodników podział na przejścia OS, RP i Flash z wyraźnym zastrzeżeniem-tylko jedna wstawka (próba). Odprawa zawodników jest dość szybka. Ogólne wskazówki dotyczące bezpieczeństwa, zakazy i nakazy, informacje, że krucho, przez co z pewnością podczas zawodów wiele się jeszcze odłupie, gdzie są trudności z wpinką oraz gdzie ewentualne niewpięcie się grozi przydzwonieniem w półkę skalną itp. Wszystko okraszone charakterystycznym dla środowisk wspinaczkowych humorem oraz zabawnymi dygresjami. Spręż jednak był. W skupieniu, nikt nawet delikatnie się nie uśmiechnął, gdy prowadzący ceremonię przedstawił imię swego niewieściego wsparcia podczas prowadzenia zawodów. W rzeczy samej Grażyna to bardzo sympatyczna i urocza, młoda dziewczyna (pozdrawiamy w tym miejscu zarówno żeńską, jak i męską część KW Kraków).


Po odprawie nadszedł czas aby chociaż trochę się rozgrzać. Jak się później okazało, jeden z fotografów cyknął mi zdjęcie, podczas rozgrzewki, na którym wyglądam, jakbym był fanem muzyki techno w czasie imprezy. Zrządzenie losu, że miałem przy sobie nawet białe rękawiczki. Podczas zawodów użyłem ich dopiero w ostatniej wstawce, a więc w momencie, kiedy poczułem, że obciach mnie już nie dotknie i nic mnie już nie zawstydzi. Gdybym miał je na sobie podczas rozgrzewki…ehhh…


Mroźnie ostrza, ostrza mroźne, czas już zrobić miny groźne, czy potrzebne są te miny, gdy w rękach dzierżyć przychodzi nam Cassiny? Prawdopodobnie nie, bo jak się później okazało nasze czekany X-Dream stanowiły cudowny oręż do walki z grawitacją. Posiadają dwa skróty, co jest niesamowicie pomocne osobom niskiego wzrostu, a ja do takich należę. Na nogach miałem raki Blade Runner również marki Cassin, które także sprawdzają się świetnie podczas pokonywania skalnych pasaży. Andrzej działał w rakobutach stanowiących esencję polskiej myśli technologicznej (ostrza z Kuźni, buty ze zdekompletowanych panczenów). No to zaczynamy.

Według taktyki wcześniej przyjętej i wspólnie ustalonej, w naszej opinii logicznej oraz skutecznej na początku warto się nieco rozruszać. Nie jesteśmy w międzygwiezdnej formie, więc rozpocząć trzeba od jednej z dwóch “piątek”. Droga ma bardzo liryczną nazwę “KW Chlanie i Wspinanie”. Jak to zwykle bywa, pierwsze wstawki są czynione przy użyciu dość kwadratowych i nieadekwatnych ruchów. Tak też było i tym razem. Strach przed siarą był widoczny-odpadnięcie na M5 to rzecz cokolwiek mało prestiżowa. Drogę pokonaliśmy jednak względnie szybko i bez wpadki (styl RP). Co ciekawe po naszej prawej stronie sporo ludzi rozgrzewa się na drogach o wycenie oscylującej wokół M7! Hmmm… Kozaki bądź odmienna taktyka, albo jedno i drugie. Cóż, robimy swoje, nie oglądając się na innych.


Jako drugi cel obieramy pierwszą w kolejności drogę po lewej stronie skały. Jej trudność to M6, szkoda, że bez nazwy (można było przecież coś zabawnego wymyślić). Jest to dla nas pierwszy i jedyny OS na zawodach. Droga wkaszalna jak się wydawało, no właśnie, wydawało się. Już witaliśmy się z łańcuchem topu oczami wyobraźni, lecz kluczowe i z pozoru nie tak trudne miejsce przy wyjściu z lekkiego przewieszenia i tym samym cruxa wierzgnęło dziko i zrzuciło nas obu w niemal tym samym miejscu. Gorzki jęk zawodu (jęków z powodu obitych nóg nie było, aczkolwiek siniaki i zadrapania się pojawiły).


Zgodnie z pierwotnymi założeniami taktycznymi zwiększamy poziom trudności. Na trzecią próbę przypada droga o intrygującej nazwie „Jęki Patelki” i wycenie M7. Potencjalnie najtrudniejszym jej miejscem jest mocno siłowy, poziomy okap. Po wyjściu z niego teren robi się pionowy, co daje złudę pokonania drogi. Jest to jednak pion czujny, można tam odpaść. Tym razem to Andrzej atakuje pierwszy. Niestety na krawędzi okapu pod ciężarem Andrzeja odłamuje się niefortunnie kawałek skały, który jednocześnie był dla Endrju kluczowym punktem do zaczepienia ostrza dziaby w jego sekwencji ruchu. Andrzej w dół, dziaba w dół, kamień w dół, na szczęście nie w twarz.


Mnie poszczęściło się nieco bardziej, nic mi nie spadło, poza siłą z lewara po wyjściu z okapu. Wszystko trzymało, dziurki, szczeliny, trudności drogi również. Niestety nie biceps, rozpruty już wiszeniem na samych rękach w okapie. Zabrakło dokończenia ostatniego siłowego ruchu, dłuższego sięgnięcia, które skutkowało wyprostowaniem całego ciała i stabilnym stanięciem na nogach. Zawisnąłem na linie, koniec działań w tej linii.


Kolejna wstawka w drogę o podobnych trudnościach, „Paladyni Wędki” za M7. Andrzej zaczął bardzo pewnie, dojście do miniokapiku szybkie. Wpinka zaraz za krawędzią okapiku sprawnie, ale to dopiero od tego miejsca zaczyna się prawdziwa zabawa. Przejście mojego partnera wspinaczkowego przez okapik również płynne i bezbolesne. Niestety, pojawia się przykra niespodzianka w postaci z pozoru zabawnej sprzętowej awarii. Materiał z rękawiczki wchodzi w zamek karabinka ekspresa, uniemożliwiając wpinkę. Co gorsza, zsunięta tkanina powoduje permanentną utratę precyzji. Andrzej trzyma się jednak dzielnie, zamienia ręce, restuje, walczy wciąż aby wreszcie zrobić wpinkę, ale cały czas jest o włos. Druga próba to samo, ehhh… Niestety na trzecie podejście nie starcza już mocy. Czas na mnie. Moja wstawka nie wiele różni się od tej, która była dziełem Andrzeja, poza tym, iż udaje mi się zrobić jedną wpinkę więcej. Najzwyczajniej samo wpięcie liny w drugi ekspres ponad okapikiem poszło mi sprawnie bez poprawek. Nie wystarczyło mi już jednak siły na nic więcej, a w dalszej perspektywie był jeszcze długi ruch i względnie odległa wpinka. Tutaj muszę zdecydowanie pochwalić brygadę ekiperską, zajmującą się obijaniem tego rejonu. W lwiej części przeloty umiejscowione są naprawdę gęsto, myślę, że tak gęsto, jak tylko pozwalała na to skała.

Kolejnym celem staje się droga prawdopodobnie najlepiej rozpatencona przez nas, bo służąca do rozgrzewek podczas naszych poprzednich wizyt w Zimnym Dole. „Kickstart My Heartho wycenie M5+, bo o niej mowa posłużyć miała nam jako lżejszy przerywnik przed wstawieniem się w ostatnią nasz drogę tego dnia (Zemsta Laboratorium M6+). „Piątka” zakoszona planowo, czyli szybko. Los jednak chciał, aby „Kickstart My Hearthstała się naszą ostatnią walką tego dnia. Po pierwsze: spora kolejka do linii „Zemsta Laboratorium” w porze, kiedy się pod nią zjawiliśmy, a czas przewidziany na zmagania powoli się już kończył. Po drugie: w naszej ocenie wcale nie małe prawdopodobieństwo przygrzmocenia w półki skalne w przypadku braku skutecznej wpinki już w dolnych partiach drogi.


Nieubłaganie nadszedł koniec limitu czasowego przewidzianego na piłowanie wapienia stalą. Zaczynając powoli podsumowania zawodów, trzeba podkreślić, iż atmosfera całego wydarzenia była rewelacyjna. Wszyscy robili co w ich mocy, by tylko nie poddać się ziemskiemu przyciąganiu, jednocześnie zachowując typowo wspinaczkowy dystans do rzeczywistości oraz dobry humor (czasem czarny). W trakcie podliczania punktacji grzejemy się przy ognisku. Nikt obok mnie nie rozmawia o zawodach, co uznaję za duży plus i wyraz luźnego podejścia do rywalizacji. Ogłoszenie wyników i rozdanie nagród niestety nas nie dotyczyło. Był to jednak nasz pierwotny plan: nie uplasować się w czołówce 🙂

Podsumowując wymiar sportowy wydarzenia i rejonu wspinaczkowego, zaznaczyć trzeba, iż nie było to miejsce i nie był to czas do stawiania pierwszych kroków w drytoolingu. Trudności techniczne raczej nie małe, ponadto dużo kruszyzny, która spadała z hukiem podczas zawodów i z pewnością będzie jeszcze spadać w przyszłości. W pewnym stopniu może spowodować to nieustanną weryfikację i zmiany w wycenie dróg. Oprócz siły w Zimnym Dole przydaje się nieco techniki i doświadczenia, gdyż często o powodzeniu wspinaczki decyduje odpowiedni balans oraz ustawienie ciała i ostrza czekana. Charakterystyka formacji skalnych jest zróżnicowana, co niewątpliwie jest dużym atutem rejonu. Są mniejsze i większe przewieszki, okapy, piony i połogi. Od razu rzuca się w oczy spora ilość pionowych rys i pęknięć, które aż proszą się o klinowanie dziabadeł.


Jestem przekonany, że same zawody stały się najlepszą reklamą dla Zimnego Dołu, który jako nowy rejon drytool’owy staje się bardzo interesującą alternatywą dla Zakrzówka. Ponadto Mroźne Ostrza w moim przekonaniu mocno przyczyniły się do rozpromowania drytoolingu jako formy wspinaczki w tym momencie jeszcze nie tak popularnej, jak sportowe wspinanie skalne bez użycia narzędzi. Sam jestem tego doskonałym przykładem, gdyż przed zawodami nie byłem entuzjastą drytoolingu. Mroźne Ostrza zdecydowanie zmieniły moje podejście w tej materii.


Zapomniałbym dodać, organizatorzy zmagań zadbali także o wyśmienitą strawę dla strudzonych wojowników. Kiełbaska do opiekania nad ogniskiem i wyśmienity żurek. Z kiełbaski zrezygnowałem, cóż… moja ukochana ma na nazwisko Kiełbasa i czekała na mnie w domu 😀 Żurek pochłonąłem w mgnieniu oka. Był rewelacyjny.

 

Tekst: Konrad “Dziku” Rejdych

Komentarze