Blog Alpintech.pl – kompedium wiedzy dla wspinaczy, turystów i pracowników wysokosciowych.
Blog Alpintech.pl – kompedium wiedzy dla wspinaczy, turystów i pracowników wysokosciowych.

“Quod me nutrit me destruit.”*

Wspinaczka górska uzależnia

Jest takim samym nałogiem jak każdy inny. Co prawda nie wyniszcza fizycznie jak alkohol czy dragi, ale potrafi dokładnie tak samo jak one doprowadzić do utraty pracy i ludzi. Może nie jesteś ze sobą dostatecznie szczery, żeby to przyznać. Może zwyczajnie uprawiasz turystykę z liną i to o czym mówię cię nie dotyczy. To nie moja sprawa. Jednak jeśli czytając to odczuwasz niepokój, cóż, czytaj dalej.

 

Jeśli chcesz robić coś dobrze, musisz włożyć w to wysiłek. Tylko co oznacza dobrze we wspinaniu? VI.5 OS? WI6? Free solo? To siedzi znacznie głębiej i jest bardzo indywidualne. Aby tego dotknąć musisz zrozumieć dlaczego się wspinasz. To nie jest tekst o niedzielnych skałkowcach czy panelowcach. Jest dla tych którzy postawili kiedyś to pytanie o naturę własnego wspinania i odpowiedzieli inaczej niż “relaks” czy “zabawa”. Nieszczęściem dążenia do mistrzostwa w danej dziedzinie jest “równanie do góry”. Codziennie rano czytam o facetach i babkach, którzy pękają drogi na których nigdy się nie pojawię. Oglądam filmy z wypraw w miejsca do których nie pojadę. Wtedy ogarnia mnie złość i frustracja które oczywiście są bezużyteczne. Zupełnie jak “równanie do góry”. Mistrzostwo we wspinaniu nie powinno polegać na robieniu rzeczy obiektywnie nieprawdopodobnych tylko na przekraczaniu własnych granic. I w tym przekraczaniu granic kryje się pułapka. Przekraczam własne i uważnie trzymam rękę na pulsie bo cena może być znacznie większa od nagrody. Sukcesy są efemeryczne, porażki zostają z nami na zawsze. Sztuka polega na odróżnianiu jednych od drugich.

Na początku jesteś bardzo słaby. Prawdopodobnie wyjście na czwarte piętro powoduje u ciebie zadyszkę. Wypijasz średnio dziesięć piw tygodniowo i często jesz fast foody. W tramwaju przeglądasz internet na smartfonie albo słuchasz muzyki przez słuchawki trzymając oczy zamknięte. Wieczorem zasypiasz w trakcie filmu irytując partnera lub partnerkę. Albo po prostu zasypiasz. Rano wstajesz do pracy i tak w kółko, dopóki nie trafi się wolny dzień. Odwiedzasz rodzinę, być może studiujesz. Pędzisz bardzo przeciętne życie w którym prawdopodobnie -jeśli masz szczęście i odpowiednie podejście- jest sporo radości. Na wspinaczkę trafiasz przez przypadek- najczęściej przez znajomych. Zaczynasz uprawiać trekking, później ambitną turystykę. Od czasu do czasu chodzisz na panel lub jeśli masz szczęście mieszkać w dobrym rejonie i jest sezon, w skałki.  Robisz pierwszą drogę z dołem. Powoli kształtuje się w twojej głowie obraz tego jak wiele możliwości pociąga za sobą ten sport. Kiedy stawiasz sobie moje pytanie, już wiesz, że to nie sport. Przynajmniej niezupełnie. Masz cel. Jest nim droga w górach, droga w skałach albo konkretny szczyt w konkretnym stylu. Nagle zaczynasz nieświadomie pracować aby zrealizować swoje marzenie. Wbiegasz po schodach, pijesz sporadycznie, bardziej myślisz o swoim jedzeniu, obserwujesz ludzi i miejsca, a wieczorem przed snem robisz 200 brzuszków. Jeśli odpowiedź na moje pytanie sytuuje wspinanie jako ważną część twojego życia, możesz być pewny, że pójdzie to dalej. Jedna droga, jeden szczyt to za mało paliwa żeby podsycić ten ogień. Będziesz chciał więcej. Nie będziesz mógł “po prostu” iść się wspinać bo będzie to jedna z najważniejszych rzeczy. Jak zapalenie papierosa albo następny drink. Jeśli będziesz chciał zmienić ten stan rzeczy, będziesz musiał to rzucić. Albo nauczyć się z tym żyć.

 

Najpierw jesteś słaby. Wiesz, że aby poprawić poziom musisz to zmienić. Zaczynasz biegać, choć szczerze tego nienawidzisz. Biegasz niezależnie od pory roku. Biegasz, rzygasz i biegasz dalej. Kupujesz drążek i uczysz się odróżniać biceps od tricepsa. Widok napakowanych gości z siłowni już zupełnie ci nie imponuje. Marzysz o “zadawaniu ze szmaty”, a później po prostu to robisz. Robisz brzuszki aż do zupełnego skurczu mięśni. Uczysz się, że ból to część składowa twojego rozwoju. Chodzisz wspinać się tak często jak możesz. Każdą wolną chwilę wypełniasz treningiem, chodzisz na sekcję ale tylko tam gdzie jest najciężej. Wspinasz się tak często, że z bólu w palcach idziesz do fizjoterapeuty i dowiadujesz się, że masz uszkodzenia troczków. Jesteś jak wyrzeźbiony z drewna ale w zależności od sytuacji uważasz, że musisz zgubić jeszcze trochę wagi (dużo siły) albo jej trochę nabrać (mniej siły). Każdy weekend planujesz powiązać ze wspinaniem. Robisz trudniejsze drogi. Podejmujesz większe ryzyko. Uczysz się, że strach to część wspinania. Uczysz się z nim być. Rzadziej widujesz rodzinę, studia nie bardzo cię interesują, a partner (jeśli nie wybrał twojej ścieżki albo go nie masz) wydaje się słaby i coraz mniej zajmujący. Powoli wszystko poza wspinaniem zaczyna robić się szare i mdłe.

 

Myślisz o zmianie pracy na mniej absorbującą choć jest poniżej twoich kompetencji. Jednocześnie uważasz, że droga którą obrałeś przydaje ci splendoru i nieraz pławisz się w podziwie ze strony niewspinających się znajomych. Bez obaw, później nie będziesz się już widywał z ludźmi którzy się nie wspinają. Twoje półki wypełnia literatura górska, a na pocztę przychodzą głównie newslettery z portali wspinaczkowych. Kiedy idziesz na oficjalną kolację orientujesz się, że twoją szafę wypełniają ciuchy wspinaczkowe i nie masz ani jednej wizytowej koszuli. Sprzedałeś zegarek bo zabrakło ci na szpej. Nie odbierasz telefonów bo zapominasz o dotrzymywaniu terminów. Wylatujesz z uczelni. Twój związek się rozlatuje. Nie rozmawiasz z rodziną. Wspinasz się efektywniej z bardziej racjonalną częstotliwością. Sam wiesz kiedy trenować, a kiedy restować. Ale cały czas o tym myślisz. Nie możesz znieść znajomych, którzy się wspinają bo to co robią uważasz za rekreacje, a nie prawdziwe wspinanie.  Powoli zamykasz się w sobie samym, palonym obsesją osiągnięcia czegoś na co nigdy i tak nie miałeś szans. Masz problem z dobieraniem partnerów do wspiniania. Zaczynasz się upewniać, że nikt nie spełnia wymagań które stawiasz.

Ściany pokoju pokrywają szkice topograficzne, plecak stoi nierozpakowany od ostatniego wyjazdu, a pod biurkiem w luźnych zwojach leży lina. Praktycznie nie masz już zwykłych osobistych drobiazgów bo wszystko zamieniłeś na wspomnienia i marzenia, które trzymasz we własnej głowie. Twoje łóżko jest twarde, a pościel cienka. Twoje życie przypomina życie ascety, a twoją duszę pali ogień. Tylko jeden drobny krok dzieli cię od doskonałości. Jeszcze tylko jeden. A później lecisz w przestrzeń kiedy wypada ostatni punkt i zatrzymać cię może już tylko grawitacja.

*

Quod me nutrit me destruit.

Co mnie żywi, niszczy mnie.

Christopher Marlowe (1564–1593) – angielski poeta i dramaturg.

 

Autor: MB

 

Komentarze