Blog Alpintech.pl – kompedium wiedzy dla wspinaczy, turystów i pracowników wysokosciowych.
Blog Alpintech.pl – kompedium wiedzy dla wspinaczy, turystów i pracowników wysokosciowych.

Opowiadanie: “Właściwa kombinacja ruchów”.

Zdecydowanym ruchem osadzam ostrze czekano-młotka w zalodzonym, skalnym pęknięciu. Za tym ruchem prawego ramienia idzie lewa noga. Unoszę ją na wysokość kolana, a przytwierdzony do podeszwy ciężkiego, górskiego buta rak, wgryza się chrupnięciem w zalodzoną trawkę. Ostrzę dziabki zawieszam na niewielkim krawądku, obciążam przyrządy i prostując lewą nogę, momentalnie dostawiam prawą. Brzęk szpeju. Wdech. Wydech. Patrzę na fragment drogi przed sobą i widzę, że zacięcie przechodzi w pokrytą szronem, szeroką i stromą płytę u podstawy której dostrzegam wąski gzyms. Skalny parapet kończy się wyraźną rysą, zwieńczoną niedużym tarasem. Dalej nie wiadomo. To moja droga, nic innego wydaje się nie wchodzić w grę. Wdech. Wydech. Czekano-młotek osadzam wyżej dwoma uderzeniami w małym wgłębieniu, wypełnionym zmrożoną ziemią, skracam chwyt na dziabie i rytmicznie wskakuję nogami na skalny gzymsik. Przednie zęby raków zgrzytają metalicznie pod ciężarem mojego ciała i jednocześnie czuję, że krawądka na której opierał się czekan, przez zmianę balansu, już mnie nie trzyma. Macam więc ostrzem dziabadła płytę na lewo ode mnie szukając punktu zaczepienia dla dalszej wspinaczki. Skonsternowany, uświadamiam sobie, że płyta wcale nie jest mała, ciągnie się dobrych dziesięć metrów w górę, natomiast od zbawiennej rysy dzieli mnie dwu-trzy metrowy trawers. Ostrożnie, podpierając się ostrzem i griprestem dziabki, stopniowo prostując prawą rękę, drobnymi kroczkami zmierzam w stronę wybawienia. W niewygodnej pozycji , skupiony tylko i wyłącznie na tej czynności oddycham miarowo i grzęznę o niecały metr od rysy. Wiem, że nie mam oparcia dla lewego przyrządu, prawa ręka jest maksymalnie wyprostowana, zaczynam czuć ból w łydkach wynikający tak z obciążenia, jak napięcia nerwowego moich mięśni. Wiem, że muszę zrobić krok i pozwolić opaść lewej nodze na krawędź rysy, wiem, że muszę jednocześnie osadzić ostrze dziabki powyżej i natychmiast dołożyć nad nią czekano-młotek. Wiem, że niemal w tym samym momencie muszę się zaprzeć prawą stopą o przeciwną krawędź rysy. Wiem, że wszystko jest kwestią właściwej kombinacji ruchów.

rys_raki
Rys. Aleksandra Blaut

 Zastygam. Jesteśmy w niemal pionowej ścianie, gdzieś w dole widać powbijane w śnieżne zbocze kamienie, jeziora, które z mojej perspektywy przypominają bardziej rozległe kałuże i wreszcie napotykam spojrzenie Gośki, która asekuruje mnie ze stanowiska paręnaście metrów poniżej i z którą łączą mnie jak pępowiną, dwie żyły dynamicznej liny. Żółty i czarny wąż wijący się przez nieliczne przeloty . Gośka nie mówi nic, zdaje sobie sprawę z manewru, który muszę wykonać więc uśmiecham się do niej ale krótko, bo moją uwagę odwraca właśnie asekuracja. Z miejsca w którym jestem mam z siedem metrów do ostatniego przelotu, co w przypadku odpadnięcia oznacza co najmniej dziesięć metrów lotu. „I wahadło”, mówię sobie w myślach bo ostatni punkt czyli taśma zaciągnięta wokół kamienia jest teraz na odległość pokonanego trawersu, przesunięta daleko na prawo. Nagle dociera do mnie wysokość, pion, wielkość góry i nikłe możliwości szybkiego wycofania się z tej sytuacji. Rysa przestaje wydawać się zbawieniem bo wiem, że za tarasem jest z dwieście metrów lufy, która zdaje się mnie zasysać. Kurczę się wewnątrz jak robak, wzdryga mną możliwość lotu i szukam nerwowo jakiegokolwiek punktu na przelot dla poprawy asekuracji. Dziury na frienda lub kość, szczeliny na haka, turniczki czy kamienia na taśmę. Próbuję tego ostatniego w oparciu o skałkę, która wyrasta z gzymsiku na którym stoję ale pętla za każdym razem zsuwa się obrazując daremność moich poczynań. Ze złością na powrót wieszam taśmę przez ramię. Nie będę miał asekuracji. Łapię kilka oddechów i łopatką dziabki poprawiam okap kasku, który w międzyczasie zsunął mi się na oczy. Czuję, że w gardle zbiera mi się charakterystyczny „gul” i wiem, że jeśli szybko nie podejmę jakiejś decyzji – siądzie mi psycha.

– Nie wiem czy powinnam Ci mówić- krzyczy Gośka. Nie patrząc w jej kierunku, a nadal uparcie badając możliwe do wykonania sekwencje ruchów i dziwiąc się, że jeszcze nie zaparowały mi okulary, odpowiadam głośno, lekko poirytowany oczywistym bezsensem takiego zdania:

-Jak zaczęłaś to mów…

-Ten friend, którego rzuciłeś zaraz nad stanem wypadł- krzyczy do mnie. To mnie jakoś nie dziwi- szczelina była pełna lodu i krzywki nie siedziały jak powinny, a punkt był w zamierzeniu tylko na chwilę. Dziwne, że nie wyleciał wcześniej- myślę – ale plecy i tak przebiega dreszcz na myśl o osłabieniu tak tragicznej asekuracji.

 

-Mogłaś mi nie mówić – wrzeszczę – kurwa mać… – dodaję ciszej na własne potrzeby, bo w ścianie trzeba się motywować w każdy możliwy sposób i przekleństwa są czasami równie dobre jak modlitwy. 
Podejmuję decyzję, biorę duży wdech, podnoszę nogę i stawiam ją po lewej stronie zacięcia. Wszystko trwa kilka sekund, które w moim umyśle rozciągają się w czasie jak film nakręcony techniką slow motion. Zawisam w powietrzu w iście baletowej pozycji. Wymach lewego ramienia, siada dziabka, wymach prawego- dokładam ponad nią czekano-młotek, kiedy chcę zaprzeć się drugą nogą słyszę ten obrzydliwy dźwięk jakby ktoś przesuwał paznokciami po szkolnej tablicy i zaczynam się zsuwać. 
Desperacko zaciskam dłonie na rękojeściach narzędzi i z całej siły dociskam kolana obu nóg do skalnej płyty. Stop. Żyje.
Serce niemal rozrywa mi pierś, czuję, że z dosłownie wszystkich mięśni schodzi nienaturalne napięcie wywołane ukłuciem potwornego strachu, który zakiełkował na ułamek sekundy, gdzieś poza moją świadomością. Bo tak naprawdę nie miałem czasu żeby się przestraszyć. Patrzę na rysę ponad sobą i rozważam czy osadzić w niej frienda- rozmiar 4 siadłby idealnie ale mam tylko dwa, może trzy metry do łatwiejszego terenu, a nadal wiszę niezbyt pewnie.
Mechanik przyda się później- mówię do siebie samego, sam się do siebie bezczelnie uśmiechając. Adrenalina wypiera zmęczenie. Ruszam dalej- prawa noga na rozpór, czekano-młotek w rysę wyżej, dziabka nad czekano –młotek, zęby raków z lewego buta w poziomą rysę. Płynnie, spokojnie, rytmicznie. Tak bardzo jak to kocham.

 

Autor: MB

Komentarze